- 30.04.1999 r. Nr.101 -
Zbliżenie: Zdzisława Sośnicka
Aleją gwiazd
FOT. (C) SONY MUSIC POLSKA
- Każdy, kto zachwycał się partią Evity w wykonaniu Madonny, powinien usłyszeć ten utwór w interpretacji Zdzisławy Sośnickiej. Różnica jest kolosalna. Cały problem w tym, że Madonna urodziła się w Detroit, a Sośnicka w Kaliszu– mówi Zbigniew Wodecki.
To, że Zdzisława mając taki głos, i taki talent i wierną publiczność zaprzestała na parę lat śpiewania, uważam za karygodne marnotrawstwo– mówi Romuald Lipko- Bardzo ucieszyłem się więc, że wróciła na rynek, wydała kolejną płytę i nadal koncertuje.
Zdzisława Sośnicka wychowała się w rodzinie o tradycjach muzycznych. Jej ojciec śpiewał w chórze wileńskim. Mama wykazująca od dziecka dużą muzykalność, zawsze marzyła o grze na skrzypcach. Sytuacja materialna rodziny nie pozwalała jednak urzeczywistnić tych marzeń.
- Ojciec wiedział o mamy zainteresowaniach muzycznych i zaraz po ślubie podarował jej pianino. Mógł sobie pozwolić na taki gest, bo był zawodowym żołnierzem. Mama niewiele zdążyła się nagrać, bo ja byłam w drodze. Kiedy się urodziłam, całą swą energię poświęciła sprawom domu i mojemu wychowaniu.
Mama Zdzisławy Sośnickiej, kiedy pogodziła się z faktem, że nie dane jej będzie zrealizować swych marzeń muzycznych, nie traciła nadziei, że może uda się zarazić nimi córki. Tak się też stało. Z muzyką związana jest nie tylko Zdzisława, ale także jej młodsza siostra Ewa (która śpiewała niegdyś w zespole Partita, a potem Aura). W tej chwili te zainteresowania przeszły na kolejne pokolenie, ponieważ siostrzeniec artystki– Bartek jest basistą w znanym zespole młodzieżowym L.O. 27. Stąd każde rodzinne święto stanowi dobrą okazję do wspólnego muzykowania.
- Do szkoły muzycznej mama nie musiała mnie wcale namawiać– wspomina piosenkarka. – Gdy miałam 7 lat, zaprowadziła mnie na egzamin, zostałam przyjęta. Także średnią szkołę muzyczną ukończyłam z sukcesem.
Na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu po wyborach "Miss Obiektywu", czerwiec 1977 r. FOT. (C) ADM/CAF RYSZARD OKOŃSKI
W szkole średniej Zdzisława Sośnicka uczyła się w klasie fortepianu. Ponieważ robiła spore postępy, otrzymała nawet stypendium chopinowskie.
- Była to wielka gratka zarówno artystyczna, jak i materialna, bo wypłacono nam 500 zł. Stypendium uprawniało do wzięcia udziału w eliminacjach konkursu chopinowskiego, po uprzednim przygotowaniu materiału kwalifikującego. Uwielbiałam Chopina i Ravela, zrozumiałam jednak, że moje zainteresowania muzyczne wykraczają poza fortepian. Przerażała mnie perspektywa codziennych ośmiogodzinnych ćwiczeń. Bardzo chciałam studiować teorię muzyki, bo było tam wszystko, co mnie interesowało: kompozycja, aranżacja, dyrygentura.
Zdzisława Sośnicka nie dostała się na teorię, bo zabrakło jej kilku punktów. Wtedy z pomocą pospieszył jej jeden z członków komisji egzaminacyjnej, prof. Stefan Stuligrosz, który zadecydował, by poszła na dyrygenturę chóralną.
- Na naszym roku były same dziewczyny i jeden ksiądz, który zresztą po studiach muzycznych porzucił stan kapłański i założył rodzinę. Zajęcia z profesorem Stuligroszem były czymś niezwykłym. On wprost zarażał miłością do muzyki. Nie czuliśmy zmęczenia, gdy stojąc po parę godzin śpiewaliśmy i patrzyliśmy, jak dyryguje. Potem każdy z nas sięgał po batutę i dyrygowaliśmy sobą nawzajem. Profesor Stuligrosz był ze mnie zadowolony i powiedział, że po pierwszym roku mogę pozostać na dyrygenturze lub bez egzaminu przenieść się na wymarzoną teorię muzyki. Zajęcia szły mi dobrze, ale niestety zawaliłam pierwszy rok z powodu paru nieobecności. Po prostu się zakochałam, ale też występowałam na estradzie, zarabiając na utrzymanie.
Profesor Stefan Stuligrosz wykazał jednak zrozumienie dla spraw sercowych i po raz drugi wyciągnął do Zdzisławy Sośnickiej pomocną dłoń. Zbeształ ją za nieobecności, ale pozwolił przystąpić do egzaminu, a ponieważ zdała go celująco, wystąpił dla niej o stypendium rektorskie.
- Zostałam więc na uczelni i profesora Stuligrosza pokochałam jeszcze bardziej.
- Pani Zdzisława dostała w prezencie od Stwórcy bardzo piękny głos i duży talent- wspomina prof. Stefan Stuligrosz. - Na studiach potrafiła te zdolności bardzo rozwinąć i stała się jedną z najzdolniejszych moich studentek. Ponieważ wiedziałem, że jest obdarzona talentem , nie widziałem niczego niestosownego w tym, że jeszcze na studiach koncertowała zarabiając na swe utrzymanie. Na pierwszym roku istotnie miała sporo nieobecności, ale potem wzięła się do pracy i studia ukończyła z wyróżnieniem.
Śpiewać, znaczy żyć
Przygodę z piosenką rozpoczęła artystka już w liceum w swoim rodzinnym Kaliszu. Wtedy będąc wokalistką zespołu bigbitowego Alabama wybrała się na koncert grupy Czerwono– Czarni. Namówiona przez kolegów wystąpiła wraz z nimi w konkursie "Szukamy młodych talentów". Zakwalifikowała się do udziału w Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie, gdzie wraz z Haliną Frąckowiak i Kasią Sobczyk znalazła się w ,,Złotej Dziesiątce". Po studiach w Poznaniu, wraz z kolegami z teatru studenckiego założyła zespół, którego repertuar inspirowany był w dużym stopniu musicalem "Hair", Sośnicka śpiewała wtedy też standardy Elli Fitzgerald.
- Jeden z naszych występów zyskał uznanie Estrady Poznańskiej, która jednocześnie nie bardzo wiedziała, co z nami dalej zrobić. Kiedy byłam już bliska załamania, usłyszałam, że przygotowywany jest w Gdańsku duży program muzyczny "na Związek Radziecki". Brała w nim udział czołówka ówczesnych muzyków z Czerwonymi Gitarami na czele. Reżyser programu Janusz Rzeszewski zadzwonił do mnie i zaproponował zastępstwo za chorą Teresę Tutinas. Tutinas wprawdzie tuż przed wyjazdem wyzdrowiała, ale mimo to zdecydowano, że pojedziemy obie.
Po powrocie Zdzisława Sośnicka nagrała dla telewizji kilka piosenek, a Marek Sewen- szef Polskich Nagrań napisał jej cztery utwory, które znalazły się na płycie. Wśród nich był "Dom, który mam". Utwór ten stał się wkrótce jej pierwszym wielkim przebojem. Śpiewała go a wielu festiwalach. Ogromna popularność piosenki zaczęła jednak powoli doskwierać artystce.
- Zorientowałam się, niestety, że inni kompozytorzy zaczęli proponować mi utwory o bardzo podobnej linii melodycznej. Albo z góry w dół, albo z dołu w górę. Dziś widzę, że bardzo potrzebowałam wtedy dobrego doradcy artystycznego, menedżera, który by mi wskazał, jakiego rodzaju repertuar jest mi najbliższy. Kimś takim okazał się dopiero po latach Romuald Lipko, który powiedział: "Twój głos nie toleruje gęsto napisanej muzyki, ty musisz mieć dłuższe frazy, w nich wypadasz najlepiej. Śpiewanie cienkim wokalem dobre jest dla małej dziewczynki, a nie dla ciebie".
Zdzisława Sośnicka zaczęła swoje śpiewanie w czasach, kiedy instytucję menedżera uważało się za wymysł amerykański, zupełnie nieprzydatny w naszych warunkach. W sprawach organizacyjnych nieocenioną pomoc okazywał przez wiele lat jej mąż Jerzy Bajer, z którym jest razem jeszcze od czasów studenckich. To on kiedyś na festiwalu w Opolu poznał ją z Romualdem Lipko, jednym z liderów Budki Suflera.
- To było spotkanie dwóch zupełnie nie znanych sobie ludzi, którzy w szybkim czasie przypadli sobie do gustu i umówili na współpracę- wspomina dziś Zdzisława Sośnicka. - Pierwszym efektem tej współpracy był przebój "Aleja gwiazd" z muzyką Romka i kilka utworów, które znalazły się na płycie "Serce".
Z artystką współpracuje wielu renomowanych autorów i kompozytorów. Kilka razy zdecydowała się też zaśpiewać własne piosenki.
- Nigdy nie miałam ambicji, by śpiewać swoje utwory. Traktuję to raczej jako stan wyższej konieczności, swego rodzaju "pogotowie ratunkowe". Kiedy w 1977 roku dostałam zaproszenie na festiwal w Sopocie, miałam w repertuarze tylko jedną piosenkę premierową, postanowiłam więc skomponować do niej "w kontrze" utwór "Kochać , znaczy żyć", który podpisałam Barbara Bajer, czyli swoim drugim imieniem i nazwiskiem męża.
Musicale, musicale
Zdzisława Sośnicka wystąpiła na wielu światowych festiwalach. Na początku lat 70. w Tokio, Caracas, Rostocku i Słonecznym Brzegu. Brała udział w koncercie galowym MIDEM w Cannes. Nagradzana była w Atenach i Istambule. W 1977 roku zdobyła Grand Prix de Disque w Sopocie, a w roku następnym otrzymała nagrodę w Opolu. W latach 1978- 80 występowała w berlińskim teatrze rewiowym Friedrichstadt Palast. Sporo też jeździła do USA, głównie na zaproszenia Polonii USA.
- Każdy wolny czas poświęcałam wówczas na chodzenie po muzeach. Obejrzałam też na Broadwayu wiele musicali i zapragnęłam nagrać płytę z przebojami kilku z nich. Udało mi się zrealizować te plany najlepiej jak to możliwe, bo płytę nagrałam z muzykami Filharmonii Narodowej. Dziś takie szaleństwo byłoby rzeczą niezwykle kosztowną i prawie niemożliwą. Przygotowując "Musicale" byłam w sporym stresie, bo czułam, że nie wychodzi mi wokaliza przeboju z "Upiora w operze", a wiedziałam, że bez niej ten utwór nie istnieje. Żmudne ćwiczenia sprawiły, że osiągnęłam wreszcie upragniony efekt i można było przystąpić do nagrania całości.
- Zdzisława przyczyniła się bez wątpienia do popularyzacji musicalu jako gatunku, bo jako jedna z pierwszych w Polsce zaprezentowała nowoczesne śpiewanie musicalowe– uważa Jerzy Gruza. – To, co było wcześniej, to próby na pograniczu wodewilu i kabaretu. Ona wyróżniała się tu jak zachodni profesjonalista na tle polskiej amatorszczyzny. Zawsze przykładała wielką wagę do tego, by wszystko, co robi, było w najlepszym gatunku, dotyczyło to zarówno śpiewania, jak i strojów i fryzur, w sprawie których zawsze konsultuje się z wybitnymi specjalistami. Kiedy byłem dyrektorem Teatru Muzycznego w Gdyni , zaproponowałem jej udział w widowisku "Musicale , musicale". Zaśpiewała przeboje z "Upiora w operze" i nie znane jeszcze wówczas w Polsce utwory z "Cats", a przede wszystkim słynną partię Evity spopularyzowaną potem przez Madonnę. I to był jej wielki sukces.
- Sośnicka może nie zastąpiłaby Madonny w innych sprawach, ale w śpiewaniu mogłaby dać jej niezłą szkołę- uważa Romuald Lipko.
Zdzisława Sośnicka zawsze bardzo dużo koncertowała. Zwłaszcza w latach 70. i 80. Zjeździła z recitalami niemal całą Polskę. Gościła w wielkich salach koncertowych i małych salkach domów kultury. Były trasy, które dawały wielką satysfakcję. I takie, które do dziś odbijają się czkawką.
Pod koniec lat 80. rozpoczęła współpracę ze Zbigniewem Wodeckim.
- Często spotykaliśmy się na trasach koncertowych– wspomina Zbigniew Wodecki - Dzidka zaproponowała, byśmy wreszcie zaśpiewali jakąś pieśń w duecie. Myślała o jednym z amerykańskich przebojów. Odrzuciłem tę propozycję i powiedziałem, że sam coś skomponuję, bo to nie takie trudne. Minął rok, a ja skomponowałem tylko 4 takty. Spotkaliśmy się ponownie w Sopocie i Zdzisława z mężem zamknęli mnie w pokoju z fortepianem i kazali pisać muzykę. Kiedy wrócili po dwóch godzinach, partytura była gotowa. Tak powstała piosenka "Z tobą chcę oglądać świat".
Dom, który mam
- Po bardzo pracowitych latach 80. nastąpiło pewne przemęczenie, poczułam, że przecieka mi między palcami, że nie można żyć w nieustannym biegu– wspomina artystka. – Że warto na chwilę przystanąć, nabrać dystansu do samej siebie, zrozumieć, że świat nie kończy się na piosence.
W tym też czasie zrealizowało się jej wieloletnie marzenie o własnym domu, o którym śpiewała w latach 70. W podwarszawskim Klarysewie, w miejscu, w którym poznali się niegdyś jej teściowie, zakupiła wraz z mężem działkę budowlaną. Dużo czasu musiało upłynąć, zanim można było usłyszeć "wesołość ptasich gniazd" i "świerszcza śpiew znajomy".
- Działka wyglądała jak ze złego snu. Zrobaczywiały sad, chaszcze i na środku jakaś rudera do natychmiastowej rozbiórki. Nie przerażało nas to jednak. Jako człowiek czynu umówiłam się z mężem, że on będzie nadzorował prace budowlane, a ja zajmę się projektowaniem i wyposażeniem wnętrz. I rzeczywiście poświęciłam temu całą swą energię. Starałam się urządzić nasz dom skromnie, ale estetycznie. Mimo to myślę, że gdyby nie firma mojego męża, nie byłoby nas stać na tę budowę. Jeszcze wiele pracy wymaga od nas ogród.
W połowie lat 90. ukazała się płyta "The Best of Zdzisława Sośnicka", która zawierała jej największe przeboje. Płyta spotkała się z ciepłym przyjęciem. A zawierała takie hity , jak "Julia i ja", "Aleją gwiazd". Był też wielki przebój z musicalu "Evita" - "Nie czekaj mnie w Argentynie".
- Pierwsze wrażenie, że mogłabym wrócić na estradę, miałam po sukcesie płyty "The Best of " – przyznaje piosenkarka. – Prawdziwą zachętą do powrotu stał się jednak ubiegłoroczny występ w Opolu z piosenką "Julia i ja". Gorące przyjęcie, kwiaty, wywiady pozwoliły mi uwierzyć, że warto dalej śpiewać. Cieszy mnie, że na koncerty przychodzą nie tylko moi rówieśnicy, ale i młodzież nieco zmęczona rockiem. Przede wszystkim trzydziestolatkowie.
3 maja o 22.00 telewizyjna "Jedynka" zaprezentuje najnowszy recital artystki, na którym znajdą się piosenki z ostatniej płyty "Magia serc" wydanej przez Sony Music Polska.
- Cieszy mnie, że płyta została dobrze przyjęta przez publiczność. Sprzedano już 80 tys. egzemplarzy. Moi słuchacze podkreślają, że w tych piosenkach jest dużo ciepła i miłości, a przede wszystkim, że świetnie nadają się do słuchania we dwoje. Pewną zagadką może okazać się utwór Lipki i Mogielnickiego "Wokół ciebie krąży cały świat". Niektórzy myślą, że to piosenka kobiety do mężczyzny, a tak naprawdę to utwór skierowany do dziecka. Jest mi on szczególnie bliski, bo stanowi swego rodzaju ekwiwalent mojego nie spełnionego macierzyństwa. Kiedyś Roberta Flack powiedziała, że z niepokojem myśli o dniu, kiedy wszystkie najpiękniejsze dla niej piosenki już się skończą i nie będzie miała co śpiewać. Ja po doświadczeniach z Romualdem Lipko i Andrzejem Mogielnickim, a także z debiutującą młodą dziewczyną Luizą Staniec, twórcami płyty "Magia serc", którzy wyrazili chęć dalszej współpracy, myślę o swej przyszłości z nadzieją. Zwłaszcza że publiczność, jak zwykle, mnie nie zawiodła.
- Na naszym rynku muzycznym oprócz sztucznie wylansowanych "gwiazdek" jednego sezonu, na których wytwórnie szybko chcą zrobić pieniądze, jest parę artystów naprawdę wielkiego formatu, jak Irena Santor, Czesław Niemen czy Zdzisława Sośnicka. Oni zawsze będą mieć swych wiernych słuchaczy- uważa Zbigniew Wodecki.
Jan Bończa - Szabłowski
|