,,Zaczęło się od pokazów mody” ze Zdzisławą Sośnicką nie tylko o modzie, rozmawia ,,Moda” wywiad ukazał się dn. ...
Zdzisława Sośnicka– gwiazda polskiej piosenki– mieszka na zwyczajnym warszawskim osiedlu. Zajmuje wraz z mężem trzy pokoje w kilkunastopiętrowym bloku. I choć niby wszystko jest tu typowe, to jednak sława jaką się cieszy, fakt, że lubią Ją ludzie, czyni trochę innym, bardziej niepospolitym ten spółdzielczy ,,apartament”. O popularności Pani Sośnickiej świadczą na przykład napisy na ścianach klatki schodowej. Kiedy wchodziłam do mieszkania Pani Zdzisławy zauważyłam na ścianie napis wymalowany przez wielbiciela– nastolatka zapewne: ,,I love you Zdzisiu!". I nie ma się co dziwić temu wyznaniu, bo Zdzisława Sośnicka ma dużo wdzięku i jest– jakby nie było– gwiazdą, przynajmniej w takim stopniu, w jakim możliwe jest to w naszych warunkach. Właśnie to: jak być gwiazdą, jak może piosenkarka zajęta od rana do nocy być zadbana, ubrana i jakim wysiłkiem to czyni– interesowało mnie najbardziej.
* Czy to prawda, że zaczynała Pani od pokazów mody?
ZS– Tak, ale nigdy nie byłam modelką. Po prostu jeździłam z pokazami mody i podczas takich właśnie imprez śpiewałam.
* A kiedy to było?
ZS– Był to początek lat siedemdziesiątych.
* Proponuję byśmy mówiły głównie o modzie. Sądząc po tym, w czym Pani występuje, przywiązuje Pani dużą wagę do kostiumu, do swojego wyglądu?
ZS– Na pewno wymyśliłam siebie w stylu, jaki mi najbardziej odpowiada, i który najlepiej określa moją sylwetkę. Często właśnie kostium pomaga w przekazaniu siebie. Dlatego od pięciu mniej więcej lat staram się by każda piosenka miała swój własny...
* Wszyscy wiemy, że w ostatnich latach diametralnie się Pani zmieniła. Sama nie zdawałam sobie w pełni sprawy z tego jak wielkie to przeobrażenie. Ale teraz patrząc na Panią i wiszący na ścianie portret sprzed lat widzę, iż jest to inna Zdzisława Sośnicka... Czy przeobraziła się Pani sama, czy też, jak słyszałam, ktoś Pani w tym pomógł?
ZS- Doszłam do tego sama. Pani Laska– Wołek co prawda twierdzi w wywiadach iż mnie taką jaka dziś jestem stworzyła i wymyśliła, pragnę jednak zdementować to oświadczenie, jest to bowiem całkowita nieprawda. Uszyła mi tylko jeden kostium do Opola w 1983. Był to początek i koniec naszej współpracy. Nie wymyśliła ani mojej fryzury, ani koloru włosów. Zrobił to znany warszawski fryzjer Laurent. Nie ona też namówiła mnie do zmiany kostiumów...
* A nie myśli Pani o powrocie do swojego poprzedniego wyglądu?
ZS– Czasem myślę o tym żeby kiedyś wrócić do ciemnych włosów i to nie tylko dlatego, że stałe dbanie o utrzymanie blond fryzury jest kłopotliwe. Brakuje mi jednak odwagi... Cała zmiana zresztą była sprawą przypadku. Inwencja pana Laurenta miała tu ogromny wpływ. Wszystko odbyło się wręcz poza moją decyzją, bo kiedy siebie zobaczyłam, już było po wszystkim. On sam zadecydował i wcale mi tego nie zapowiedział. Ma bardzo dużo fantazji i z pewnością mógłby zaproponować co najmniej dalszych dziesięć moich nowych wydań!
* Gwiazda, to także osoba lansująca modę. Czy Pani uważa, że spełnia tę rolę?
ZS– Nie jestem gwiazdą! Nie lansuję też mody, mimo że na całym świecie wykorzystuje się przecież piosenkarzy do takich celów.
* Czy w Polsce jakiś dom mody, jakiś producent zaproponował, że Panią ubierze, traktując to jako reklamę?
ZS– Nie. Jestem sama fundatorem swoich kostiumów.
* Jakim więc wysiłkiem i kosztem zdobywa Pani kreacje, w których występuje?
ZS– Korzystam głównie z wyjazdów do USA, gdzie odwiedzam najlepsze domy handlowe, butiki, renomowane firmy mody. Przyglądam się, podglądam materiał. Potem go kupuję, przywożę do Polski i z pewnymi sugestiami zgłaszam się do mojej przyjaciółki Izy, która z kolei realizuje te moje projekty. Czasem odbiegają one od tego co chciałam uzyskać, ale w sumie jestem bardzo zadowolona.
* Czy ma Pani swój ulubiony styl?
ZS– Tak. Jest to styl klasyczny, ale z dużą dozą ekstrawagancji.
* Czy kupiła Pani kiedyś jakiś ubiór w naszych krajowych butikach? Mają przecież ambicję kreować modę?
ZS– Nie. Po pierwsze sprawa jakości tkanin. Często jest to rodzaj podszewki lub taki jedwab, którego po upraniu nie można już użyć. Po drugie, nie chciałabym spotkać na koncercie kogoś w tym samym co ja stroju...
* To potwierdza, niestety, niewesołą prawdę, że nie ma Pani prawie możliwości ubrania się w Polsce?
ZS– Właściwie tak. Chociaż prywatnie lubię nosić pełną fantazji i polotu dzianinę łódzkiej projektantki Inki Jakubiszyn.
* A jaki okres w modzie najbardziej Pani odpowiadał?
ZS– Najkorzystniejsze były dla mnie, jeszcze nie tak dawno, duże ramiona. Dzięki nim kostiumy stwarzały wrażenie nieco przerysowanych, a więc niezwykłych. Pozwalały poczuć chwilową nierealność.
* Pani ulubiony kolor?
ZS– Nie mam. Lubię jasne kolory. Chociaż mówią, że jest mi dobrze w czarnym. I w tym roku będę miała sporo czerni.
* Na ile ważna jest dla Pani sprawa malunku i uczesania?
ZS– To normalne, że makijaż i fryzura muszą tworzyć całość z ubiorem. Dlatego do każdego kostiumu staram się zawsze mieć trochę inną twarz. Ale z modnym, porcelanowym makijażem jest trochę tak jak z modą mini. Nie dla wszystkich i nie w każdej sytuacji. Ten makijaż sprawdza się w TV, ale już zdjęcia w atelier nie wyszły dobrze...
* Czy ma Pani czas na zadbanie o siebie?
ZS– Muszę go mieć. Chodzę do kosmetyczki, gimnastykuję się. Mam trzy taśmy video Rachel Welch, znaną taśmę Fondy i trzecią, też amerykańską. Ćwiczę intensywnie od pół godziny do 40 minut.
* Dzięki temu ma Pani świetną sylwetkę. Czy równocześnie przestrzega Pani jakiejś diety?
ZS– Mam zastrzeżenia do mojej figury i dlatego stosuję dość rygorystyczną dietę. Nie używam cukru, nie jem ziemniaków, chleba, słodyczy. Jeśli jem ziemniaki, rezygnuję z mięsa ...
* Z mięsa też?
ZS– Nie mogę powiedzieć, że nie jem go wcale, ale od 1981 wyeliminowałam całkowicie wieprzowinę. Nie jestem jednak wegetarianką. Lubię wołowinę i to gotowaną. Może się narażę wielu czytelniczkom, ale powiedziałabym: przestańmy wreszcie myśleć o mięsie, zacznijmy jeść jarzyny, owoce... są one naprawdę zdrowsze i mniej kłopotliwe do zdobycia!
* Jak Pani wypoczywa?
ZS– Przy muzyce. Rodzaj jej zależy od pory dnia i nastroju. Bardzo lubię muzykę elektroniczną– towarzyszy mi zwykle od rana, jest nastrojowa, miękka.
* Co się Pani najbardziej podoba w ubiorach Amerykanek, czy zaskoczyły Panią kiedyś jakieś nakazy i zakazy, czyli odmienny niż nasz savoir– vivre mody?
ZS– Tam jest wielka różnorodność ubiorów i to jest właśnie wspaniałe. Znakomity jest też strój dla kobiety pracującej w postaci spódniczki i szalenie wykwintnej, jedwabnej bluzki. W biurze nie wolno zestawiać tej bluzki choćby z najbardziej spokojnymi, klasycznymi spodniami... Mimo, że na pierwszym miejscu, wydaje mi się, stawia się w USA użyteczność ubioru. Natomiast modę można obserwować głównie w Nowym Yorku, na Piątej Avenue.
* A jak Pani ocenia ubiory Polek?
ZS– Uważam, że większość polskich kobiet potrafi się ubrać. Myślę jednak, że trzeba ludzi ośmielać, zachęcać, uczyć. Kiedy na koncertach w Polsce występuję w jakiejś nowej kreacji, mam czasem wrażenie, że z sali wieje chłodem, że lepiej byłaby widziana mała czarna sukienka. Wynika to chyba z tego, że staramy się wszyscy jakoś dostosować do siebie, żeby broń Boże nie wyskoczyć poza przeciętność...
* Ale mnie się wydaje, że od gwiazdy oczekuje się właśnie czegoś ekstra: ubioru, oprawy?
ZS– Ja też takie mam wrażenie, a jednak...
* Czy nawet w Warszawie to Pani odczuwa?
ZS– W Warszawie rzadko występuję, bo nie ma sali, która spełniałaby warunki koncertowe.
* Gdzie więc najczęściej?
ZS– W Berlinie.
* A w Polsce?
ZS– W Krakowie, w Katowicach. W Stanach zauważyłam, że wytworność towarzyszy wielkim wydarzeniom, na przykład premierom w operze, gdzie snobistyczna publiczność stwarza jakby klub własnych spotkań. Ubiory są wtedy szokujące. To prawie teatralne kostiumy, coś między teatrem a rewią...
* Jak Pani ocenia naszą ulicę?
ZS– Ulica niestety zszarzała. Mam ogromną pretensję do projektujących i szyjących. Dlaczego wszyscy muszą być ubrani szaro– buro?
* Gdzie Pani występowała? I gdzie się podobało najbardziej?
ZS– Wszędzie, prawie wszędzie za granicą. Ale chyba najmilej wspominam przyjęcie przez publiczność australijską i wspaniałą oprawę naszych występów...
* Czy dostała Pani podczas koncertów jakieś niezwykłe prezenty?
ZS– Bardzo dużo. Na przykład w Ameryce są to rzeczy rzucane na estradę- naszyjniki, pierścionki. Najzabawniejszym momentem w mojej karierze było obsypanie mnie jednodolarówkami– w sumie było ich 280... Dostałam wiele kwiatów, zwłaszcza w Związku Radzieckim.
* Czy Pani lubi biżuterię?
ZS– Lubię. Mam dość dużo biżuterii sztucznej, ekstrawaganckiej, pasującej raczej do kostiumów. Ale nie noszę prawie wcale. Teraz nie noszę. Jakoś skrzydełka mi opadają.
* I Pani to mówi?
ZS– Może rzeczywiście nie powinnam. Zwłaszcza, że Pani dezaprobatę potwierdza jakby niedawno słyszana przeze mnie wypowiedź szwaczki z Łodzi, która na pytanie dziennikarki radiowej, co myśli gdy na scenie widzi artystkę zadbaną, świetnie ubraną odpowiedziała, że gdy idzie do teatru chciałaby zobaczyć coś ładnego, bo wtedy czuje się ,,zaszczycona”... iż ktoś ubiera się tak między innymi dla niej... To mnie szalenie ucieszyło. Zresztą potwierdza się w bezpośrednich moich kontaktach z ludźmi. Są ciekawi jak będę śpiewała, co powiem, jak będę wyglądała, w co będę ubrana. Więc ciągle się staram, żeby pokazać coś nowego, czymś zaskoczyć...
* A co Pani teraz robi . Bez przerwy praca?
ZS– Na zamówienie Polskich Nagrań zrealizowałam w zeszłym roku płytę metodą cyfrową, która nosi tytuł ,,Serce” z muzyką Romualda Lipki i tekstem Marka Dutkiewicza. W tym roku pracuję nad podwójnym albumem ze światowymi przebojami musicalowymi.
* Dziękuję za rozmowę i życzę Pani wytrwałości i sukcesów, a Pani wielbicielom wiele radości z Jej piosenek i... ubiorów.
Danuta Wieluńska
|