biografia
Urodziłam się w Kaliszu. Moi rodzice Roman i Kazimiera Sośniccy nie byli zawodowo związani z muzyką. Jednak muzyka była nieodłącznym elementem ich życia. Mama od zawsze marzyła o tym, by grać na fortepianie, natomiast tata był wojskowym, absolwentem Szkoły Podchorążych w Wilnie i … solistą tamtejszego chóru. Ojciec znał marzenie mamy i postanowił je spełnić, kupując Jej… pianino. Kilka lat później miłością do muzyki mama postanowiła podzielić się z córkami Zdzisławą i Ewą. To mama zaprowadziła mnie na egzamin do Szkoły Muzycznej. Miałam wtedy 7 lat. Dziś z perspektywy lat mogę powiedzieć: zawdzięczam jej wszystko. Kolejnym etapem nauki była Średnia Szkoła Muzyczna– w klasie fortepianu. W 1961 roku przyznano mi pierwsze w życiu wyróżnienie– Stypendium Chopinowskie. Moje zainteresowania muzyczne wykraczały już wtedy, poza grę na jednym instrumencie. Jeszcze zdążyłam zagrać z orkiestrą na koncercie dyplomowym Koncert a-moll Griega, ale już wiedziałam, że zdawać będę do PWSM w Poznaniu na Wydział Teorii Muzyki. Interesowała mnie kompozycja i dyrygentura. Niestety zabrakło mi kilku punktów. Profesor Stefan Stuligrosz zaproponował mi Wydział Wychowania Muzycznego, który jego zdaniem jest równie ciekawy, a po roku będę mogła wybrać gdzie chcę dalej studiować. Wybrałam dyrygenturę chóralną i instrumentalną. Ave Verum – Mozarta i Pieśni Kurpiowskie to mój dyplom, dyrygowałam chórem i orkiestrą.
Stanęłam na rozdrożu. Czy powinnam śpiewać ? Nie byłam pewna. Ostatecznie dałam sobie 2 lata, żeby zaistnieć w branży rozrywkowej. Przez te 2 lata nie zdarzyło się nic, nic co mogłabym uznać, za jakikolwiek znak, że powinnam iść w tym kierunku. I nagle, tuż po tym terminie zobaczyłam podczas koncertu na molo w Sopocie na którym śpiewałam, Janusza Rzeszewskiego, reżysera TV Polskiej. Nie pomyślałam, że przyszedł w mojej sprawie. A jednak myliłam się – przyszedł z mojego powodu. Zaprosił mnie do udziału w koncercie dużej grupy artystów, którzy wyjeżdżali za granicę. Był to koncert pokazowy. Egzamin zdałam i wyjechałam z grupą na 2 miesięczne tournée. Odtąd opieka Pana Janusza była dla mnie znacząca. Brałam udział w prawie wszystkich jego programach. W jednym z nich zobaczył mnie Marek Sewen. Przysłał telegram: proszę przyjechać do Polskich Nagrań. Następnego dnia byłam w Warszawie. Tak zaczyna się najważniejsza historia w moim życiu zawodowym. Już na pierwszym spotkaniu zaczęliśmy rozmowę o piosence „Dom, który mam”, nagrałam ją rekordowo szybko. Pierwsza wersja tej piosenki została nagrana z Radiową Orkiestrą Stefana Rachonia.
To wspaniała orkiestra, a Stefan Rachoń zawsze był największym przyjacielem artystów.
Pomagał nam bardzo, a jak pięknie „falował” z widownią w Opolu w 1971 r. zobaczyła cała Polska w transmisji TV i na Polskiej Kronice Filmowej. Nagrody w Opolu nie dostałam, ale co tam, dostałam największą nagrodę od publiczności. Dostałam miłość i wielki kredyt zaufania. Tę miłość czuję do dziś.

W Sopocie było już inaczej. Piosenka dostała III nagrodę a ja nagrodę publiczności plus dwunastominutową owację na stojąco! Prawie zwariowałam. Moje życie zupełnie się zmieniło. Polskie Nagrania rozpisały konkurs na piosenki dla mnie – na nową płytę. Przyszło ich 200 !! Wybór tych dwunastu nie należał do mnie, ale i tak uważam, że są piękne. Nagrałam płytę , która w kilka tygodni osiągnęła nakład 250 tysięcy i została „złotą”.
Potem MIDEM w Cannes 1972 r., na które pojechałam już z pierwszą moją dużą płytą (LP). Występowałam w Cannes na koncercie galowym tuż przed Francisem Lai kompozytorem muzyki do filmu Love Story. Chcąc nie chcąc musiał mnie posłuchać.
Po moim występie podszedł, pogratulował i zaprosił na Festiwal w Caracas mówiąc:” spotykamy się za dwa tygodnie”. Poleciałam. Ja do Caracas, a moja walizka do Tokio- nuty, kostium i rzeczy osobiste. W Caracas w lutym było 38 C, a ja paradowałam w kozakach i zamszowym kostiumie. Już z tego chociażby powodu wzbudzałam zainteresowanie. Tuż przed koncertem walizka wróciła do mnie. Z tego festiwalu przywiozłam Pierwsze Wyróżnienie.
„Taki dzień się zdarza raz” napisałam z potrzeby chwili. Właściwie każdy dzień był tym jedynym. Setki propozycji. Festiwale i koncerty, koncerty….. te lubiłam najbardziej. Byłam przekonana, że jeśli w Radiu nie przyjmują jakiejś piosenki, to jak ją zaśpiewam na koncercie z pewnością przekonam publiczność i tak się działo wielokrotnie…Bardzo chciałam się rozwijać.

Wyznaczałam sobie coraz to nowe cele muzyczne. Moi ulubieni kompozytorzy z pierwszej płyty w większości chcieli pisać dla mnie takie same utwory, a ja biegłam już dalej, szukałam nowego materiału – czegoś innego. Czasami się myliłam, jednak wyciągałam wnioski, poprawiałam się – dojrzewałam. Największą inspiracją był mój głos… Chciałam od niego coraz więcej i więcej. A on o dziwo , spełniał moje wymagania. – nawet nie chrypłam ćwicząc po sześć godzin pod rząd. Czasami czułam tylko zmęczenie i dopiero wtedy orientowałam się , że to już trwa tak długo – nie czułam czasu. Chciałam wydobyć z głosu całą paletę barw. Wykorzystać go w każdy możliwy sposób. Chciałam, żeby był elastyczny i spełniał wszystkie moje marzenia muzyczne.

Przygotowywałam się do festiwalu w Tokio. Z kilku piosenek zakwalifikowała się „Nie ma drogi dalekiej”. Moją dobrą wróżką była góra Fuji, którą powinnam oglądać z okna hotelu w Tokio, ale niestety nie była widoczna. W dniu koncertu odsłoniłam okno i oto jest, lekko ośnieżona, przepiękna. Pomyślałam – to dobry znak – II miejsce i srebrny medal.

Stronę muzyczną i aranżacyjną płyty „Taki dzień się zdarza raz” powierzyłam młodemu muzykowi Marianowi Siejce, który zaimponował mi ciekawym podejściem do harmonii, sekcji rytmicznej, pięknie zaaranżowanych sekcji smyczkowych, używając „flażoletów”. ( Dobra nocka moje kochanie, Zasnęło we mnie wszystko, Ludzie mówią) Już, pomału, zaczynały się zmiany repertuarowe i stylistyczne.

Już pomału zaczynałam myśleć o tym, że muszę zmienić swój tryb życia, bo ja zwyczajnie – nie mam czasu na pracę. Bardzo chciałam się rozwijać. Miałam dużo pomysłów, chciałam spróbować stworzyć nowy repertuar. Wzięłam siedmiomiesięczny urlop od wszystkiego. Podczas festiwalu w Caracas zobaczyłam i usłyszałam na żywo Santanę i Giorgio Morodera, obaj zrobili na mnie tak duże wrażenie, że przywiozłam ich płyty i słuchałam godzinami. Potem było Earth, Wind & Fire, a największym objawieniem Quincy Jones – kompozytor aranżer i producent. Szybko doszłam do wniosku, że lubię mocne, osadzone aranże, duże orkiestry i świetnie grające sekcje. Wystarczyło się dobrze rozejrzeć, takich muzyków, mieliśmy w Polsce. Na płytę Moja Muzyka większość utworów skomponował Janusz Koman, a jeśli czegoś nie skomponował, to zaaranżował.
Teksty napisał Bogdan Olewicz. Bogdan był dla mnie jak dowódca, miał mnóstwo pomysłów i dodawał odwagi. Początkowo publiczność patrzyła na te moje nowe pomysły ze zdumieniem, chyba mieli wątpliwości czy to na pewno ja?!. Nie poddawałam się, wyciągałam wnioski, poprawiałam i biegłam dalej. Co chciałam osiągnąć? Czy zdobyć większą popularność?. Nie –Chciałam wszystkiego spróbować. Bawić się muzyką i pracować. Ćwiczyłam godzinami nie czując mijającego czasu.
Płyta „Moja muzyka” była dla mnie przełomem . Zwłaszcza pierwszy tytułowy utwór. Kocham nostalgiczne ballady „Ja wiem ty tak ciężko pracujesz” „O Annie” . Ale co za radość śpiewać „Żyj sobie sam” – w życiu czegoś takiego nie śpiewałam , do tego dołączyłam trochę spontanicznego ruchu, bo trudno mi było ustać na scenie. Moje koncerty ożyły, a publiczność? No cóż miałam wrażenie, że patrzą na mnie z niedowierzaniem – czy to na pewno ja? Finał koncertu był zawsze taki sam – prawie wszyscy tańczyli („Ach pamiętam tamtą noc” – bonus) W tanecznym rytmie podążałam dalej.

„Kochać znaczy żyć” to moje motto życiowe, które napisał dla mnie Jonasz Kofta Muzykę skomponowałam na festiwal w Sopocie. Nagroda Grand Prix Sopot 77 (bonus na płycie).

Od dwóch lat zbieram materiał na kolejną płytę „Odcienie samotności”. Nie jestem zachwycona, materiał wydaje mi się niekompletny. Jest jednak jeden utwór, który mnie zachwyca, ale jest tak zupełnie inny niż to co dotychczas śpiewałam. Czyżby kolejny przełom w moim repertuarze? To aria z musicalu „Evita”. Boguś Olewicz wyjeżdża nad morze do ulubionego pensjonatu a ja nieśmiało daję mu kasetę i proszę, żeby w tytule była koniecznie Argentyna. Krzywi się strasznie. Po dwóch tygodniach przychodzi telegram „Napisałem ci Argentynę, czytałem w pensjonacie – wszyscy płakali” Teraz mogę budować repertuar, ale w którą stronę pójść?. Nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki sypią się piosenki. Przychodzi pocztą kaseta od nieznanego mi człowieka, przesłuchuję – nie jestem przekonana, ale daję Olewiczowi. Jest druga w nocy dzwoni Boguś – napisałem! Jest cudna nazywa się Julia. A niech to – mogłam odrzucić – dziękuje Boguś, z tekstem jest magiczna. Potem była przygoda z radiem. Panie redaktorki odrzuciły „Julię” z powodu „ta piosenka jest o lesbijkach i nie nadaje się do radia”. Czy można wymyślić coś bardziej niedorzecznego. Piosenki nie nadawano w radiu. Może dopiero później, kiedy Studio 2 TVP wylansowało tę piosenkę. Ale moja publiczność na koncertach poznała się na niej od samego początku. Byłam zdumiona jak ją przyjmowała.

Do współpracy zapraszam również Janusza Piątkowskiego, nazwałam go kiedyś „zwierzę muzyczne” niezwykły talent, skomponował mi trzy piosenki – zaaranżował czternaście. Zaraz potem wyjechał do Stanów, bardzo mi go brakowało.

I jeszcze jedna historyjka. Mam zamówienie z audycji „lato z radiem”. „Przydałaby by się coś na zakończenie lata. Dobrze, żeby było lekko i śmiesznie”, To przecież nie do mnie takie zamówienie . Olewicz pisze jednak tekst, Wojciech Trzciński muzykę i nagrywamy na początku czerwca „Żegnaj lato na rok”. Teraz dopiero zaczyna się afera, bo okazuje się, że piosenka żart musi się znaleźć w koncercie Premier Opola ‘79 dostaje nagrodę główną, a ja 26 czerwca pożegnałam lato, które było beznadziejnie deszczowe. Czy można gorzej trafić ?!

Ale było też przyjemnie. „Akademia Pana Kleksa” – piosenka smutnej księżniczki albo „Pożegnanie z bajką” i cudnie rozświetlone oczy dzieci po premierze. (bonus)

Rok 1981. To najsmutniejszy okres w moim życiu. Prawie nie nagrywam, mało występuję. Nikt mi niczego nie zabrania, Po prostu nie potrafiłam wychodzić na scenę. Nie występuję w telewizji to mój osobisty wybór. Tak czułam.

W 1983 roku nagrywam dla radia „Uwierz w siebie” (bonus) – piosenka zostaje zatrzymana. Kiedy dzwonię z zapytaniem, pani redaktor odpowiada „jeszcze nie teraz pani Zdzisławo – jeszcze nie teraz”

W 1984 roku zaczynam zbierać materiał. Wszyscy wyposzczeni muzycznie – idzie jak z płatka Z tekstami gorzej. Do współpracy przy płycie „Realia” zapraszam Alka Maliszewskiego i jego muzyków . Alek był zawsze gotowy do współpracy, niezawodny i profesjonalny. Na tą płytę skomponował dwa utwory i zaaranżował pięć. Andrzej Mogielnicki zaczyna pisać „Sceny z życia artystek”, ale po pierwszych linijkach musi się wycofać i proponuje Jacka Cygana. Nie można było lepiej. Jacek był dla mnie świeży i pomysłowy Ja go po prostu nie znałam. Cudownie znaleziony.

Jest rok 1985, stoję w tłumie artystów przy wejściu na scenę w Opolu. Tu nikt nie czuje się gwiazdą, warunki są spartańskie – ani jednego krzesła. Zresztą nigdy nie było tu żadnych oddzielnych garderób. Nabuzowani adrenaliną stoimy skupieni – godzinę, dwie, trzy …. Nikt nic nie mówił , nie rozmawiamy . I nagle koło mnie pojawia się Romek Lipko. Nie znamy się, ale witamy serdecznie. Romek mówi coś śmiesznego, zaczynamy rozmawiać, śmiejemy się – nareszcie jakiś luz. Romek ma szczęście, zaraz wyjdzie na scenę, a ja poczekam godzinę lub dwie. Romek odchodząc rzuca lekko : „jakbyś potrzebowała jakiegoś numeru (piosenki) to zadzwoń … Zapamiętałam.

Mija kilka miesięcy mam osiem utworów na płytę, brakuje dwóch. Dzwonię do Romka i dostaje dwa utwory, w tym „Aleję gwiazd”. Drugi mi się nie podoba. „Nie ma sprawy”, słyszę i dostaje trzeci, jest znakomity „W kolorze krwi”. Marek Dutkiewicz pisze teksty, wynajmujemy studio w Krakowie w Teatrze Stu. Pomaga mi jak zwykle Alek Maliszewski z zespołem. Pozostałe kompozycje są Wojtka Trzcińskiego, Krzesimira Dębskiego, Marka Stefaniewicza, Alka Maliszewskiego i Ryszarda Sygitowicza. Teksty napisał Jacek Cygan. Producentem całej płyty zostaje Jacek Sylwin. A co dalej się działo to już pewnie wiecie … a może nie? „Aleja gwiazd” początkowo była moim przekleństwem. Wyrzucono ją z Radiowej Listy Przebojów uznając, że nie jest „reprezentatywna” (sic), a ja postanowiłam walczyć. Stanęłam do konkursu w TVP jury oceniało na żywo, potem tydzień głosowała publiczność. Obydwa wygrała „Aleja gwiazd”. Już nic nie musiałam robić, ona po prostu była.

Październik ‘88 rok. O płycie „Serce” mogłabym pisać bez końca. Do studia weszłam z rozmachem i ogromną wiarą w to, że trzeba nagrywać, bo chyba za chwilę będzie koniec świata. Nastroje wokół były okropne, zmęczeni, jesteśmy bardzo zmęczeni, ale czy o tym mam śpiewać? Długo rozmawiam z Markiem Dutkiewiczem….. Stawiam na emocje, no i oczywiście były. Jestem od pierwszego uderzenia perkusji w studiu. Muzyka rodzi się i unosi mnie. Zapominam o świecie. Jestem szczęśliwa.

Już w styczniu ‘89 roku nagrywam płytę musicalową.
Z musicalami spotkanie było przypadkowe. Dostałam w prezencie płytę z dedykacją „Powinnaś to zaśpiewać”. To była „Evita”. Wrażenie było ogromne, utwór umieściłam w pierwszej wersji na płycie „Odcienie samotności”. Potem była „Pamięć” i recital, na który zaprosiłam Romana Waschko – postać niezwykle cenioną w świecie muzycznym. Po koncercie wpadł do garderoby i prawie z pretensją zapytał „Czy Ty już to nagrałaś na płytę?” Mam kłopot, nikt nie chce rozmawiać. „Jutro zadzwonię do Polskich Nagrań”. Rzeczywiście zadzwonił i drzwi były otwarte. Moje wymagania co do tej płyty były duże. Przede wszystkim orkiestra symfoniczna w dużym składzie – Filharmonia Narodowa plus chór. Po prostu duże pieniądze. Filharmonicy postawili warunki nagrania – trzy dni po cztery godziny ani godziny dłużej. Udało się – spełniliśmy ich warunki. Zmieniały się style, muzyka, autorzy, kompozytorzy, ale jedna osoba była przy mnie i jest – menadżer, opiekun, dla mnie człowiek opoka – Jerzy Bajer. Dziękuje…. Bardzo. Nagraliśmy razem płyty od drugiej do ósmej włącznie.

Kilka lat później… Przepełnia mnie spokój , siedzę w ogrodzie i patrzę na sosny, które sięgają nieba. Stoją na skarpie i mają podobno dziewięćdziesiąt – sto lat. Mieszkam tu już od kilku lat, jest to moje ukochane miejsce. Jeszcze dużo wyjeżdżam, koncertuję, ale jest mi coraz trudniej. Już sto metrów od domu zaczynam tęsknić. O co chodzi. Dotąd byłam wędrowcem. Do żadnego miejsca nie chciałam się przywiązywać, bo wiedziałam, że za chwilę muszę wyjechać. Nawet zaczęłam o sobie źle myśleć. Tak działo się przez ponad dwadzieścia lat. Aż tu nagle taka sytuacja, stałam się domatorką? Wiem, że moi fani mają mi to za złe. Postanowiłam specjalnie dla nich nagrać płytę „Magia serc”. Już od kilku tygodni spotykam się z muzykami. Dzisiaj przyjeżdża Romek Lipko – jest kompozytorem większości utworów, aranżerem i producentem płyty. Mamy jedenaście utworów, chciałabym dwanaście. Następnego dnia przy śniadaniu Romek pyta „Chcesz jeszcze jeden utwór?” podchodzi do pianina gra cały utwór, pokazuje aranżację i ma tylko jedną prośbę „Na nagranie będziesz musiała załatwić chór chłopięcy” Skąd ja mu wezmę chór chłopięcy? Mijają dwa dni, spotykamy się z wydawcą płyty. Romek z rozmachem podchodzi do pianina, żeby zaprezentować nową piosenkę. Widzę na jego twarzy przerażenie, wiem na pewno , że skomponował ją w tamtej chwili. Dziś chyba jej nie pamięta. Ale bez obaw, włączyłam wtedy magnetofon, ta piosenka to „Wokół ciebie krąży świat” . Andrzej Mogielnicki, który napisał większość tekstów, któregoś dnia zadzwonił i pyta : „Czy ty wierzysz w przeznaczenie?”. I co ja mam mu odpowiedzieć?! Jeśli powiem, że nie wierzę – to skłamię. „Tak – wierzę „ odpowiadam. (Będzie co ma być)

Zdzisława